Hanna mianuje się filozofem i choć znamy się już dość długo, to wciąż muszę na nią uważać. Nie chcę się zadawać z byle kim, bo nie mam i tak wystarczająco wiele czasu dla samego siebie. Jest bardzo wrażliwa, więc przykładam wagi do używanej nomenklatury. Staram się nie używać przebrzmiałego dyskursu, niemodnych metafor, jakich ona nigdy by nie użyła. To tak na wszelki wypadek. Nie znam przecież progu jego wrażliwości, a pozory mogą przecież mylić. To tak, jak z feministyczną skórą. Wydaje się być twarda, szorstka i zbrojona. Nie jest to jednak okrycie gruboskórnego nosorożca. Żeby wbić włócznię w pancerz tego zwierza, musisz się mocno wysilić. Feministce z kolei wystarczy, że facet pokaże jej język. On chce jej tylko powiedzieć, żeby spierdalała, ale ona to zawsze zinterpretuje, jako seksistowską napaść. A zatem, jak zwykle, bardzo powoli przechodzimy do sedna dyskusji, z każdym słowem częstując się wzajemnie uprzejmościami. Wypuszczam z klatki łasicę komplementów. Zakrapiamy nasze dywagacje mocnymi drinkami, co powoduje, że rozgadała się na dobre. Już nie jest nieśmiała. Jest za to bardzo zgorzkniała. Rozczarowana życiem i tym, co ją spotyka na każdym kroku. Niektórych rzeczy nie dopowiadamy, bo dopowiedzenia są czasami zbędne, jak szminka w szpitalu onkologicznym. Albo i różaniec. Dowiedziałem się w międzyczasie, że kiedyś chciała zostać matką. Po dość łatwym porodzie przynieśli jej trzykilowy cud. Okazało się, że był niestety martwy, siny, zimny, łysy, niczym larwa listopadowej ćmy. To wszystko z powodu trzeciego gatunku plemników jej męża. Wszystko zaczęło się psuć między nimi. On, jako konstruktor obozowych latryn, coraz częściej wyjeżdżał w teren, a ona zastanawiała się, do czego jego chujek się jeszcze nadaje. Doszła do wniosku, że gdyby chociaż mógł zesztywnieć porządnie, to mógłby robić za wykałaczkę do zębów. Ale od tamtej pory nie staje. Gdyby choć był dostatecznie długi i mocny, to można by go użyć do wiązania choinkowych bombek. Niestety nie jest. Nie nadaje się do niczego. Jej facet uchodzi zresztą wśród znajomych za najgorszy typ pedzia, bo zamaskowany. Zdradza go jednak duża, czerwona, często obtarta, dziura w dupie. Ich związek stał się zupełnie bezsensowny. Wiem, że Hanna rypała się czasami po kątach, ot tak dla higieny. Jednak to ode mnie była uzależniona, jak hollywodzkie gwiazdy uzależnione są od operacji plastycznych. Tylko ze mną mogła robić to, co uwielbiała. Gdy znaleźliśmy się u mnie w domu, poczęstowałem ją mocnym azjatyckim napitkiem, z korzennym wyciągiem. Potem kazałem się jej umyć. Nie lubię przechodzonych pizd. Kąpiel regeneruje je jednak, jak zasilenie konta nadaje karcie kredytowej cechę używalności, a nie tylko portfelowej ozdoby. Zrzuciła swoje fatałaszki i wolnym krokiem przeszła do łazienki. Nie miała niestety gustu w doborze bielizny. Może nie miała siana, na kupowanie jakichś zgrabnych fatałaszków. Wolałem ją nagą. W bieliźnie wyglądała raczej śmiesznie, niż pociągająco. Usiadła na brzegu wanny. Oceanu piany. Kokosowym wybrzeżu chłodnego, ceramicznego bawirumu. - Chciałabym być fontanną, jak mój ojciec... - Tak? Twoja ojca była fontanną? - Oczywiście. A matka królową rynsztoku. Nie wiedziałeś? Chodź już tutaj. Wszedłem do wanny, przykucnąłem u jej rozwartych ud. Miała wspaniałą cipę. Skręcony, śliniący się ślimak z pionowym owłosionym uśmiechem. Doskonale wygolony po bokach muszelki, z wywiniętymi na zewnątrz różanomlecznymi płatkami. Musiała poświęcać jej wiele uwagi, od czasu kiedy mnie poznała. Wcześniej był to zaniedbany ogród z nie przystrzyżonym żywopłotem hipokryzji. Wyobraziłem sobie, jak z ogromnym pietyzmem dobiera się do niej maszynką zaopatrzoną w potrójne ostrze, jak rozsmarowuje piankę do golenia i przygląda się jej w lustrze ustawionym na marmurowej posadce ekskluzywnej łaźni. Jej wielkie piersi zafalowały przed moimi oczami. Cóż za sutki. Nabrzmiałe, purpurowe i zachęcające. Wyciągnąłem rękę, aby dotknąć tych różowych alchemicznych receptorów. Naprężyły się bezwstydnie. Hanna, z rozwartymi nogami opartymi o brzeg wanny była otwarta, jak przyszłość. Rozwarła swoją cipę palcami. Przedawkowała sokami. ściekały po kolumnowych udach, wypolerowanych, jak szlachetne kamienie, które błyszczały, niczym nowy samochód wypastowany tą czarodziejską pastą, ukrywającą wszelkie ryski powstałe na skutek uderzeń w małe żyjątka zamieszkujące ciemność, ubrane w chitynowe pancerzyki. - Zaczynam, och Chris, och tylko z Tobą mogę to robić! OOOOch... Jej gorący mocz spływał po mojej szyi, plecach, piersi. Miała półprzymknięte oczy. Zaczęła oddychać szybciej. W końcu usłyszałem jej arię mruczenia. Kiedy ostatnia kropla jej moczu spadła na mój język, włożyła palec w swój otwór i zaczęła się drażnić. Coś zaczęło mlaskać i chlipać do tego stopnia, że zachciało mi się rzygać. Kontemplowałem jednak w dalszym ciągu słodko-kwaśny smak jej strumienia. Flora bakteryjna jej cipy produkowała naprawdę unikalny bukiet. - Teraz ty. Zalej moje piersi. Niech ten twój pieprzony kutas obleje mnie gorącym deszczem.... Wstałem. Wziąłem go do ręki. Chciałem usilnie skupić się, żeby ją w końcu oblać żółtawą Sekwaną mojej szczawicy. Nie było to łatwe, bo już zaczynałem się jednak podniecać. Wyrzygam się, czy uda mi się jednak zdzielić konia batem? Obraz Nietschego złożonego chorobą w skromnym pokoju alpejskiego kurortu. Udało się. Mój chuj stanął na wysokości zadania. Najpierw nieśmiało rozlewałem urynę po jej włosach, szyi i tych bezwstydnych sutkach. Potem nalałem do jej szeroko otwartych ust. Jeszcze nie skończyłem, gdy wstrząsnęły nią dreszcze i osunęła się do spienionej wody. - A teraz wyssam Ci tego kutasa. Chcę się upić Twoją spermą. Chodź do mnie, tu, bliżej... Wzięła go do buzi. Pomagając sobie dwoma rękami zaczęła go ssać. Szybciej i szybciej. Musiałem oprzeć się rękami o ścianę, bo zaczęło mi się kręcić w głowie. Nie wiem jak długo to trwało, ale było intensywne, jak monsunowy deszcz w porze deszczowej. Pada bez przerwy, do ostatniej kropli. Trysnąłem strugą spermy na jej włosy i twarz. Resztę spiła dokładnie oblizując mojego ptaka. Hanna zawsze odżywała od nowej spermy. Spermę zmieniała częściej niż majtki. Później zregenerowaliśmy się trochę popijając wytrawne martini i kiedy byłem już wystarczająco pijany, przymierzyłem ją od tyłu swoim kutasem, niczym nową koszulę w dyskretnej przymierzalni i wstrzyknąłem w nią odpowiednią porcję spermy, z której oby wyrosła w jej piździe rajska jabłoń, a nastepnie zrzuciłem ją ze zmęczonego konia, jak brudną i śmierdzącą skarpetę ze stopy. Szybko spierdoliła do domu. Będzie lepić filozoficzne pierogi, gdy moje plemniki będę się obżerać jej wyjebaną galaretką. Ciekawe kiedy znowu zadzwoni...