Wreszcie nadeszły Święta Bożego Narodzenia. Ja i Adam spędziliśmy je z jego rodzicami, zaś cały tydzień po nich - łącznie z Sylwestrem - postanowiliśmy spędzić w górach. Pojechaliśmy sami, chcieliśmy wreszcie spędzić trochę czasu na osobności - z dala od zgiełku, pracy, znajomych. Zamieszkaliśmy w małym domku, który udostępnił nam przyjaciel Adama.
Od momentu wejścia do domku, byliśmy zachwyceni - drewniane wnętrze, przytulna, ciepła atmosfera, kominek. Każdego ranka Adam przynosił mi śniadanie do łóżka, później szliśmy na spacer, a wieczory spędzaliśmy winem przed kominkiem. Czuliśmy, że miłość odżywa - choć ona nigdy nie wygasła - po prostu teraz mieliśmy dla siebie znacznie więcej czasu. Było to widoczne nawet w tym, jak kochaliśmy się. Robiliśmy to każdej nocy, ranka a także w ciągu dnia. Zwodniczo jednak w pamięci pozostała mi przede wszystkim jedna noc... Niezwykła... Najpiękniejsza z wszystkich, jakie przeżyłam.
Spacer na który wybraliśmy się przeciągnął się znacznie. Zapadł zmrok a my nie wiedzieliśmy jak daleko jeszcze do domku. Baliśmy się i zaczęliśmy się denerwować, że to przecież niebezpieczne wędrować po nocy. Jedyne szczęście, że nie było bardzo zimno. Stąpaliśmy po białym, miękkim śniegu, ale temperatura nie schodziła wiele poniżej 0C.
W końcu stwierdziliśmy, że musimy coś wymyślić i w tym też celu usiedliśmy, lub raczej oparliśmy się o drewniany płotek. Nasza dyskusja przerodziła się we wzajemne obwinianie się. Wtedy Adam podszedł i przytulił mnie mocno. Poczułam się znowu bezpiecznie - jak zawsze w jego ramionach. Za to też go kochałam, przy nim wszystko było w porządku.
- Dalej nie idę. - Powiedziałam i usiadłam na ziemi.
- Nie? To co będziesz tu robić?
- Będę tutaj siedziała. Jestem zmęczona, śpiąca, głodna i nigdzie dalej się nie ruszę.
- Ruszysz się kochanie... - odparł i pocałował mnie. I nagle zorientowałam się, że zaczyna nacierać moją twarz śniegiem! Tak się zaczęła. Stoczyliśmy bitwę na śnieżki, ponacieraliśmy się cali śniegiem i w rezultacie wylądowaliśmy cali mokrzy na ziemi zaśmiewając się do rozpuku.
Adam leżał na mnie ciągle się śmiejąc. Pocałował mnie.
- Nadal nie chcesz iść dalej?
- Tym bardziej odparłam.- I pocałowałam go.
Zaczął rozpinać mi kurtkę, zdejmować ją. Odpowiedziałam mu tym samym, uwalniając jego czuprynę z zaśnieżonej czapki...
- To szaleństwo - stwierdziłam. - Zamarzniemy.
- Spokojnie, ogrzeję cię. - powiedział i wessał się w moje usta, zdejmując ze mnie spodnie, albowiem z taką drobnostką jak buty poradziłam sobie sama.
Później zdjął swoje dżinsy i wsunął rękę pod mój ciepły golf. Pomogłam mu go zdjąć, choć przez chwilę, oczyma wyobraźni, ujrzałam nas jak umieramy razem w szpitalu na zapalenie płuc. Wizja była jednak romantyczna, więc czym prędzej odpięłam zamek jego swetra. Ciepło Adama biło na mnie w całej okazałości.
- Kocham cię. - wyszeptał mi do ucha. - Nie pozwolę ci zamarznąć.
Jego usta powędrowały na moją szyję, a język delikatnie musnął skórę. Ciepłe ręce Adama czułam na całym swoim ciele. Zaczęłam zdejmować z siebie bieliznę. Adam pomógł mi. Zanurzyłam palce w jego czuprynie brązowych, krótkich loków i w uniesieniu pociągnęłam zaa nie. Wsunął swoją nogę między moje uda i szalenie twardym udem zaczął poruszać siew sposób wywołujący we mnie dzikie pożądanie. Kiedy poczuł, że cała ja jestem już wilgotna i gotowa na jego przyjęcie, położył dłonie na moje boki i mocno przycisnął mnie do siebie. Poruszaliśmy się zgodnie, rytmicznie, a moje palce wędrowały po jego kręgosłupie, pośladkach, nogach... wędrowały po całym jego ciele, tak doskonale mi znanym, rozgrzewając je...
Podniecenie rosło coraz szybciej, miałam wrażenie, że cały śnieg topnieje od naszej namiętności. Założył moja nogę wokół swojego pasa i poczułam, jak wchodzi we mnie, głębiej i głębiej, tak długo aż odczułam wrzącą falę orgazmu i jęcząc, w szale przygryzłam jego skórę. Wpijałam się coraz mocniej i czułam, że i on przeżywa szczyt. Zespoliliśmy się w jedno - na tym pustkowiu...
Odpoczęliśmy jeszcze chwilę, leżąc na kurkach i pod ich przykryciem, w końcu jednak wstaliśmy i ruszyliśmy przed siebie. Cóż nie było nam dane szukać długo... Za następnym zakrętem ujrzeliśmy nasz domek, o którym na parę chwil, zupełnie zapomnieliśmy.