Nastało lato. Słońce, wspaniała pogoda, wakacje, beztroska! Czekam na to zawsze przez te wszystkie bezlitośnie zimne miesiące. Gdy wychodzi słońce, wygrzewam w nim swe ponętne ciało. Zrzucam grube swetry, kurtki, zmieniając je na kuse bluzeczki na ramiączkach, krótkie spodenki, spódniczki...bikini... i wreszcie zaczynam żyć na nowo.
Tak było i tego lata. I znów byłam szczęśliwa. Nawet szczęśliwsza! Znacznie szczęśliwsza, niż chociażby rok wcześniej, albowiem u boku był mężczyzna! Poznałam Adriana na początku czerwca, na koncercie w parku i ja, moje hormony...od razu oszaleliśmy na jego punkcie. Było to zresztą w pełni odwzajemnione. Adrian nie ukrywał swego zainteresowania, ja również i w krótkim czasie staliśmy się szczęśliwą, kochającą się parą. A ponieważ było to lato...i hormony naprawdę dawały o sobie znać...po krótkim czasie ja i Adrian zaczęliśmy tez ze sobą sypiać. Dlaczegóż zresztą mielibyśmy sobie odmawiać największej przyjemności, jaka w życiu może człowieka spotkać?
Nasz związek, również jego erotyczna strona, układały się idealnie!
Adrian jest mężczyzną pracującym, więc na wspólne wakacje nie udało nam się wyjechać. Owszem, spędziliśmy weekend w górach, ale poza tym nigdzie nie wyjeżdżaliśmy.
Jednakże najważniejsze, iż byliśmy razem i że rozrywek nie brakowało nam...
Pewnego dnia przyjechał do naszego miasta lunapark. Karuzele, wata cukrowa, śmiech i dziesiątki radosnych ludzi! Naturalnie dwójką z tych ludzi byliśmy my. Adrian zabrał mnie tak już pierwszego dnia i odtąd bywaliśmy w tym miejscu codziennie.
Od dzieciństwa moją ulubioną atrakcją lunaparków był diabelskie młyn. Wznoszenie się na olbrzymie wysokości, obserwowanie z nich ludzi, zawrót głowy, który czułam, patrząc w dół.
Tego lata polubiłam tą karuzelę jeszcze bardziej. Owszem: dzięki wysokości, dzięki zawrotom głowy, dzięki temu, że na nim uprawiałam z moim ukochanym seks.
Było to na początku sierpnia. Gorący dzień, z lekkim wietrzykiem dla ochłody. Wspaniała pogoda!
Po paru atrakcjach i karuzelach, w końcu dotarliśmy również do diabelskiego młyna. Nie było wielu ludzi, właściwie większość miejsc była pusta.
Bawiliśmy się doskonale do momentu, kiedy wyłączyli prąd. Wystraszyłam się. Muszę przyznać, że w pierwszym momencie naprawdę się wystraszyłam! Oczami mojej bogatej wyobraźni widziałam już jak - w jakiś sposób - spadamy i giniemy na miejscu. Adrian zauważył to i postanowił za wszelką cenę odegnać moje złe myśli.
- Maleńka! - powiedział i przytulił mnie - Nie bój się! Przecież nic się nie stanie! Zaraz to naprawią i ściągną nas na dół.
- Skąd wiesz? Jakoś od dziesięciu minut nas nie ściągają! - zdenerwowałam się. - A chciałabym zauważyć, że jesteśmy na samej górze!
- Wiem, ale to na pewno zdarza się częściej i wiedzą, co w takich sytuacjach robić. Słyszałaś kiedyś, aby ktoś zginął w taki sposób?
- Nie wiem, nie pamiętam!
- Mała! Po prostu o tym nie myśl!
- Jak?!
- A bo ja wiem... - stwierdził i pocałował mnie namiętnie.
Odwzajemniłam jego czułość, to z pewnością mogło pomóc na nadmiar złych myśli. Nie spodziewałam się jednak, że tak bardzo przejmie się on swą rolą... Po paru sekundach poczułam, że jego ręka wsuwa się pod moją spódnicę.
Nie protestowałam. Jego dłoń znalazła się między moimi nogami. Odsunął materiał cienkich majteczek i wsunął we mnie palce. Ach! przyjemnie! Zaczął całować moją szyję... Właściwie aby było nam wygodniej...zmieniłam pozycję i usiadłam na nim okrakiem. Jedna jego dłoń była teraz na moich pośladkach, druga na prawej piersi. Rozchylił bluzkę i całował mnie... Dotykałam go - jego pleców, torsu. Włożyłam rękę pod koszulkę i pieściłam go.
To było szaleństwo! Ale jakże skutecznie odciągało moją uwagę od zaciętej karuzeli...
Byłam zdecydowana. Rozpięłam mu rozporek. Czule, namiętnie zajęłam się jego "przyjacielem". Gdy uznałam, że jest gotowy do przygody, wyjęłam go. Czerwony, sterczący, twardy...A ja taka wilgotna...
Usadowiłam się na nim wygodnie. Uniosłam lekko do góry, rozchyliłam szerzej nogi i wręcz nadziałam się na fallusa mojego mężczyzny! Poczułam jak wsuwa się we mnie, jak ociera się o ciągle jeszcze wąskie ścianki mojej pochwy... Rytmicznymi ruchami, kierowaliśmy naszymi ciałami... Unosiłam się, opadałam na niego, a on zdobywał mnie i penetrował z zachłannością. Orgazm! Ach! z jakimż trudem powstrzymałam krzyk, wydzierający się z mojego gardła! I wtedy diabelski młyn ruszył. Wzmogło to jedynie doznania, jakich doświadczyliśmy!
Czy nas ktoś widział? Nie wiem. Gdy wysiadaliśmy, z rumieńcami na twarzach, byliśmy ciągle zbyt zaaferowani sobą, by zwracać uwagę na kogokolwiek innego.